marmatmi blog

i weź mnie za rękę, nim zacznie się wojna.

świat pogrążony w półmroku jest jakiś inny… lepszy. uciekam od wzroku marmurowego posągu schowany za bambusową roletą. rozpacz miesza się ze szczęściem i kiedy tak siedzę i patrzę za siebie widzę, że w moim życiu było kilka chwil niezaprzeczalnej radości. kilka wydarzeń sprawiło, że jestem taki jaki jestem i zastanawiam się czy szczęście dane jest nam na zawsze. grać nie umiem a intuicji słuchać już nie chcę. ja wierzę… wierzę w lepszy świat, wierzę w siebie a także w to, że chwil bezkresnej radości jest jeszcze wiele przede mną.

czasami zupełnie na niczym i na nikim mi nie zależy… taką pustką emocjonalną staję się i otaczam się nią coraz częściej i coraz chętniej. patrzę przez okno swojego własnego wynajętego mieszkania i widzę szarych ludzi, którzy przecież podobnie jak ja, mają do opowiedzenia jakąś historię. historię której jednak nikt nie chce przeczytać i której nikt nigdy nie pozna. trudno mi mówić „do widzenia” bo wiem, że tak naprawdę oznacza ono „żegnaj”. nie chcę Cię tracić… nie dzisiaj. uśmiechnij się do mnie, powiedz że to wszystko to tylko szpan, że to gra i że tak naprawdę to kochasz mnie. każda chwila z Tobą to właśnie radość w czystej postaci.

nie wiem co zrobić mam, żeby czas zatrzymać. żeby zatracić się w chwili, stracić przeszłość i przyszłość… zachować tylko teraźniejszość i żyć w niej bez wyrzutów sumienia. zawsze dostawałem to czego chciałem, jednak to właśnie chwile których nie planowałem, których nie przewidziałem dały mi radość największą i to właśnie je z pewnością wspomnę w chwili śmierci. tak właśnie się zastanawiałem nad tym ostatnio i do wniosku doszedłem, że wolałbym wiedzieć kiedy umrę. przygotowałbym się do tego jakoś psychicznie, dokończył wiele spraw. nie chcę odchodzić nagle, bo całe życie to robię. chcę mieć czas, aby sprowadzić resztę mojego życia na właściwe tory i rozpocząć parę spraw, które już bez mojej obecności doprowadzą do Twojego szczęścia.

seksu z Tobą to właściwie nie pamiętam. nie chcę przez to twierdzić, że było mi źle, ale wiele czynności mechanicznie się wykonuje, wspomnienia z czasem się zacierają… nigdy nie zapomnę jednak tych naszych wyjątkowych chwil. tego pierwszego spojrzenia, dotknięcia dłoni, kojącego głosu, uśmiechu który niebo przybliżał. to warto pamiętać… trzeba po prostu. dzięki Tobie pierwszy raz chciałem zasnąć przytulony do kogoś a nie odwrócić się na drugi bok.

z Tobą zamykam pewien rozdział mojego życia, następny rozpocznie się już bez Ciebie. będzie zupełnie inny od poprzedniego. jaki? wbrew pozorom i na przekór tego co teraz czuję, będzie lepszy.
i jedyne co teraz mam Ci do przekazania to: proszę, pamiętaj nasze wspólne chwile… pamiętaj mnie.
teraz spać idę… na chwilę tylko. obudzę się już w innym miejscu, w innym świecie gdzie będziesz wspomnieniem. pięknym, bolesnym ale już jednak tylko wspomnieniem. wezmę do ręki żółty ołówek i zacznę pisać kolejny rozdział mojego życia.

do widzenia

chciałbym zaprosić Cię do mojego pokoju trzeciego. jest to magiczne dla mnie miejsce, takie przeciętne ale jednocześnie całkiem niezwykłe. to pokój w którym jestem bezpieczny, gdzie nie dosięgają mnie zmagania życia zewnętrznego, gdzie nie ma smutku i płaczu, gdzie życie ma tylko jeden, słodki smak bez nutki goryczy. wewnątrz pokoju trzeciego znajduje się jeden mały okrągły stolik z białą świecą na środku, malutkim obrusem i dwoma talerzykami. sztućców jednak nie posiadam – jeśli to dla Ciebie problem wielki, bo boisz się że ręce pobrudzisz, to mogę Cię z przyjemnością wielką nakarmić. w pokoju trzecim ściany są żółte i zielone oraz jest tylko jedno małe okno, ale i tak wiecznie zasłonięte. jest także czerwony dywan na którym tańczyć będziemy mogli przez noc całą, aż całkowicie zatracimy się we własnych spojrzeniach i nauczymy się każdego skrawka naszej twarzy na pamięć. do pokoju trzeciego pasuje tylko jeden klucz i jedyną osobą która jest w jego posiadaniu jestem ja. na znak mojego wielkiego zaufania, mojej wielkiej do Ciebie sympatii i całkowitego oddania chciałbym Tobie go ofiarować. może Ci się wydawać, że to niewiele, że to tylko kawałek metalu… jednak tak naprawdę to kawałek nieba, to drzwi do raju do którego Ciebie właśnie zapraszam i który ofiarować Ci pragnę.

pytanie brzmi jednak, czy zechcesz przyjąć zaproszenie?

wiem, że to trudna decyzja. śpieszyć z odpowiedzią się nie musisz, jestem cierpliwy. poczekam więc tak długo jak będzie trzeba. na kogoś takiego jak Ty, warto. zależy mi na tym, by Twoja decyzja przemyślana była. jak pamięcią wstecz sięgnę, to nie przypominam sobie by ktokolwiek kiedyś serce mi złamał. przez całe życie udało mi sie tego uniknąć, więc nie chciałbym by teraz coś się zmieniło. nie angażowałem się, bo się bałem. przerażał mnie jednak strach przed tym, że to ja kogoś zranię niż gdybym to ja miał cierpieć z powodu nieszczęśliwej miłości. dlatego, każdy związek jaki miałem był bezpieczny. obie strony znały zasady. pierwszą i najważniejszą z nich było to, że klucz do pokoju trzeciego należy tylko i wyłącznie do mnie i nikt inny wstępu tam nie ma. wiązało się to także z zakazem próśb o ten klucz. kiedy zasada łamana była, następowało pakowanie manatek i powrót…
do domu?

nadal jestem przy biurku i trzymam w ręce żółty ołówek.

piszę list do Ciebie. nic jednak poza najzwyczajniejszymi „dzień dobry”, „witaj” i „pozdrawiam” napisać nie jestem w stanie. przeraża mnie myśl, że nie odpowiesz na mój list, że uznasz, że to spam i wykasujesz go nie rozumiejąc nawet, jak wiele kosztowało mnie napisanie tych słów kilku, jak wiele znaczy dla mnie klucz do pokoju trzeciego i jak wiele zrobiłbym dla Ciebie, by choć raz, choć na chwilę zobaczyć uśmiech na Twojej twarzy. popełniłem jednak błąd? bo celowym działaniem to trudno nazwać. wysłałem bowiem owy list do niewłaściwiej osoby. taka pomyłka zwykła. nie sądziłem nawet, że tak znaczące w skutkach konsekwencje wywoła i jaką cenę przyjdzie mi za nią zapłacić. a ja lubię pieniądze. nie myślę o nich w kategoriach marzeń jakie spełnić mi pomogą, tylko jak o przyjaciółce. przyjaciółce, która bezpieczeństwo jest mi w stanie zapewnić, która mnie rozumie, nie osądza i nie oczekuje niczego ode mnie, bo sama wierna mi nie jest.

większą radość daje mi planowanie przyszlości i wspominanie przeszlości niż próby zrozumienia i zagospodarowania teraźniejszości.

virrey

26 komentarzy

czytając książkę lub podczas oglądania filmu, często utożsamiam się z którymś z bohaterów. niekoniecznie musi to być główna postać. zastanawiam się jednak czy istnieje jakaś analogia do prawdziwego życia – czy na pewno to ja jestem głównym bohaterem w moim własnym świecie? A może ja tylko statystuje? kiedyś nie miałem takich dylematów. byłem pewniejszy swoich możliwości, wartości i umiejętności. dzisiaj waham się, czy przypadkiem w moim własnym serialu nie zostałem zastąpiony przez innego aktora – taką doskonalszą wersję mnie, którą sam zatrudniłem i do życia powołałem. bo ja idealny nie jestem, ale chciałbym być i doskonale wychodzi mi udawanie właśnie kogoś takiego. i w tej chwili zastanawiam się właśnie czy to nadal ja spotykam się z ludźmi których nawet nie lubię, czy to nadal ja prowadzę bloga mimo, że już od dawna nie jest mi do niczego potrzebny i czy to nadal ja mówię, że Cię kocham mimo, że tak naprawdę nienawidzę…

niedawno przyjaciel/znajomy poprosił mnie o adres tej stronki, bo podczas imprezy wygadałem się, że bloga prowadzę a raczej posiadam, bo biorąc pod uwagę fakt częstotliwości z jaką notki zamieszczam, to ja tutaj raczej gościem jestem niż autorem. nie zgodziłem się jednak, pomimo próśb różnych i gróźb nawet. to nie jest tak, że mu nie ufam, ale ten blog jest moim azylem i jednocześnie więzieniem. mimo iż nie piszę i nigdy nie pisałem rzeczy, które mogłyby mnie w jakimś stopniu zawstydzić i których w realnym świecie bym nie powtórzył, to jednak ujawnienie tego adresu obnażyłoby mnie w jakimś stopniu. czułbym się nagi, słaby i… zdominowany.

pobyt gdzieś daleko od domu, nie był mi potrzebny z takich powodów o których myślałem. uzmysłowiłem sobie, że tak naprawdę chciałem uciec od samego siebie a chęć zarobienia pieniędzy była tylko pretekstem do tego. popełniłem jednak zasadniczy błąd, bo ucieczka przed sobą jest możliwa na krótki, ściśle ograniczony czas a poźniej zanim zdążymy się zorientować, nasze miejsce w naszym własnym filmie, serialu czy powieści, zostanie wypełnione przez kogoś innego. kogoś, kogo możemy nawet nie być już w stanie kontrolować i który zepchnie nas do drugoplanowej roli w naszym własnym życiu…

to co tutaj widzimy, to tylko słowa. istnieją jednak zdecydowanie gorsze więzienia od słów. tak naprawdę boję się tego, że umrę samotnie, opuszczony przez wszystkich i na zawsze zapomniany.
jeśli spotkam Cię jutro na ulicy, powiem Ci, że u mnie wszystko dobrze, że jestem szczęśliwy, że kocham i jestem kochany.

Moje przedstawienie, trwa przecież dalej…

siedzę przy biurku i patrzę na pustą kartkę, trzymając w ręce żółty ołówek. skoncentrować się nie mogę, bo moje myśli pędzą gdzieś daleko. podobny stan odczuwam niemal zawsze przed jakąś podróżą. jest to uczucie siły i podekscytowania, ale także jakiegoś lęku jednocześnie. pełne katharsis dzięki któremu, wszystkie sprawy inaczej się postrzega. wiele rzeczy, dzięki świeżemu spojrzeniu wydaje się łatwiejszych a wspomnienia, albo odleglejsze albo bliższe w zależności od tego, co chcemy pamiętać. nie wiem skąd, ale do mych uszu dochodzi tykanie… zegara? w ciągu dnia się tego nie słyszy. w dzień zawsze ma się pełno rzeczy do zrobienia i dopiero pod osłoną nocy, można zwrócić uwagę na cichutkie tik tak. niestety z czasem, robi się ono coraz bardziej irytujące.

oczy mam zamknięte i nie mam zamiaru ich otworzyć, chociaż już dawno powinienem był to zrobić. zamiast tego, wolę trwać w swojej ślepocie i uciekać stąd. żyłem w złotej klatce. siłę dawała mi jedynie myśl o ucieczce a przy życiu trzymała mnie wizja wolności… bezkresnego nieba, po którym kiedyś będę mógł szybować i wzbijać się coraz wyżej, bez żadnych ograniczeń. teraz, kiedy drzwiczki od klatki zostały otworzone, zaczynam się wahać.
może bowiem ja latać nie potrafię?
wiem już, że czytać nie umiem. słowa nabierają znaczeń coraz to nowych, a ja za tym nie nadążam. kiedyś wszystko łatwiejsze było. każde zdanie i wyrażenie określoną jakość i wartość miały, a teraz? czytać między wierszami chyba zawsze umiałem, ale na nic ta umiejętność mi się nie przydaje, bo słowa nie znaczą już tego co kiedyś. mają inne przesłanie, którego rozszyfrować nie potrafię. oślepłem na własną prośbę… oczy zamknąłem i żyłem w swoim kolorowym świecie. z czasem jednak, wszystkie kolory zlaly się w szarość i w brutalny sposób na ziemię sprowadzony zostałem. oczu mimo wszystko nadal nie otworzyłem, niezważając na to, iż szarość wszędzie widzę. nie chcę tego robić, bo się boję. boję się tego, że się rozczaruje tym co ujrzę. żyje bowiem we mnie ta iskierka nadziei, że prawdziwy świat którego wrota się właśnie przede mną otwierają, jest choć w połowie tak barwny jak ten, który kiedyś w wyobraźni widziałem. w chwili obecnej, wolę tą moją szarość niż niepewną paletę barw świata rzeczywistego. myślę, że skoro ciemność mnie oślepia, to jasność tymbardziej jest zdolna to uczynić.

naciskam czerwony guzik i czekam na windę. drzwi się otwierają a ja wchodzę do środka i jadę tak przez dwa, może trzy piętra. drzwi ponownie się otwierają, a ja mam przed sobą zielony autokar. podążąm w jego kierunku… wewnątrz jest mnóstwo ludzi, więc zajmuję jedyne wolne miejsce i jadę w nieznane. nagle słyszę jakiś wybuch i przez ciemność, światło zaczyna się przedzierać. otwieram oczy… tak, po tylu latach wreszcie to robię… otwieram je. znajduję się w lesie i widzę dziewczynkę ze spaloną twarzą. próbuję podać jej rękę, ale niestety jesteśmy zbyt daleko od siebie i dosięgnąć jej nie mogę. nagle między nami pojawia się postać, otoczona światłem niebieskim. świeci tak mocno, że zamykam oczy… znowu… tym razem jednak tylko na chwilę, bo ponownie je otwieram. nadal jestem przy biurku i trzymam w ręce żółty ołówek. kartka jednak nie jest już pusta…

a ja poszedłem tworzyć dalej swoją historię, ale wrócę… zawsze wracam.

A Ty, jaką historię masz mi do opowiedzenia?

vogue

39 komentarzy

wychodzę z założenia, że jeśli się nie ma nic sensownego do powiedzenia, to lepiej zachować milczenie. jednak z racji tego, że świat blogowy nie rządzi się takimi prawami, postanowiłem dać znak życia. a swoją drogą… interesuje mnie kim jest przeciętny blogowicz w dniu dzisiejszym. kiedy ja zaczynałem swoją przygodę z blogowaniem tych ładnych kilka lat temu, bloga posiadał niemal każdy nastolatek z racji modny bardziej niż z potrzeby. a dzisiaj? dzisiaj są serwisy typu youtube, foto- i videoblogi więc…
na co komu blog?

w ostatnim czasie poczułem się naprawdę staro. nie doszło do tego z powodu jakiegoś traumatycznego wydarzenia, nie wiązało się to z moimi urodzinami, chociaż szczerze mówiąc dwie dwójeczki już mi można naliczyć co samo w sobie może się wydawać przerażające. po prostu mam ostatnio wrażenie, że czas marnuje a on pędzi bardzo szybko do przodu zostawiąc mnie kilka przystanków za sobą. czuję się tak, jakby ukradziono mi kilka lat życia – a czasu nie da się przecież odzyskać.

być może ma to związek z tym, iż ustatkować się nie mogę. żadnego trwałego związku nie udało mi się już od dawna stworzyć. najbardziej boli mnie jednak chyba to, że już się z tym pogodziłem i nikogo na dłużej nie szukam. stałem się jednym z tych facetów, którym nigdy być nie chciałem. odróżniam seks od miłości czego nigdy wcześniej nie robiłem i stwierdzam, że sam seks mi do życia i szczęścia wystarcza.

nabieram dystansu do samego siebie i to pozwoliło mi się wbrew pozorom na ludzi bardziej otworzyć. jestem tolerancyjny a przynajmniej staram się taki być i za takiego się właśnie uważam i szumnie o tym mówię. zaakceptować jednak nie mogę kłamstwa. i mam tu na myśli takie obłudne oszukiwanie ludzi a nie niewinne kłamstewko, które każdemu się przecież zdarza. w temat bardziej zagłębiać się nie będę, bo chyba jeszcze pisać oraz mówić o tym nie potrafię i nie chcę. w każdym razie, postanowiłem wreszcie wziąć się za siebie i spełnić swoje wielkie marzenie, bo zrozumiałem dzięki swojej przyjaciółce – bo chyba tak ją właśnie nazwać mogę, że żyje się tylko raz i żeby móc uszczęśliwić innych, trzeba najpierw samemu być szczęśliwym. tak więc dziekanka załatwiona, torba spakowana i…

nazywam się marek, mam dwadzieścia dwa lata i wkrótce wyjeżdżam na koniec świata.

* fotki pewnie w czasie bliżej nieokreślonym na tej stronce zamieszczę. a póki co, tak ogólnie wszystkiego najlepszego Państwu w życiu życzę.

PS a ostatnio z tvn24 na tvnstyle się przełączyłem i jeśli kiedyś będę grubą, podstarzałą kobietą to będę wiedzieć, jak się nie ubierać i jak wyremontować mieszkanie żeby ktoś je kupił. posiadam także wiedzę jak ugotować zupę z owoców morza i przyrządzić lody pomarańczowe. władam także informacjami na temat biustu pameli anderson i poznaje tajemnice miasta kobiet. oferty matrymonialne kierować na maila proszę.

remedium

26 komentarzy

z wykopalisk pierwszych w swoim życiu wróciłem. do końca swoich dni wspominać będę panią Ałłę i 100 sposobów na mortadellę, małą złą dziewczynkę, terrorystów z ameryki, kinoteatr z biletami i wnętrzem rodem z prl-u, wiejski Standard, sklepikową Jagódkę oraz sołtysową z teleskopem ;)
archeologia jest jak baśń z tysiąca i jednej nocy.*
obawiam się jednak, że nie potrafię czytać. ostatni rok był piękną przygodą, ale czas ruszać dalej i od października… dzień dobry na prawie oraz reaktywacja politologii.

kiedy szliśmy zalewanymi złocistym blaskiem zachodzącego słońca bizantyjskimi ulicami, naszła mnie refleksja, że nawet w najdziwaczniejszych okolicznościach, w najtrudniejszych chwilach naszego życia, mimo wielkiego oddalenia od domu i znanego świata, bywają chwile niezaprzeczalnej radości.^

straciłem coś pięknego w ostatnim czasie; coś czego opisać nawet nie potrafię; coś czego w dłonie nawet wziąć nie mogłem; coś czego nawet nie spotkałem… jednak najdziwniejsze jest to, że owo coś poznałem.
teraz już zawsze będę się zastanawiać, co by było gdyby…

pisać nie potrafię już tak jak dawniej i nawet tego zbytnio nie żałuję. to dziwne bo nie sądziłem, że kiedyś będę w takim momencie życia, kiedy przelewanie swoich myśli na papier, albo stukanie w klawiaturę stanie się dla mnie trudne do wykonania i niemal całkowicie niepotrzebne. człowiek się zmienia i nawet tego nie zauważa. a czas nieubłaganie płynie…

* Rudolf Drossler
^ Elizabeth Kostova Historyk

PS czy tylko mnie zbulwersowała wiadomość o tym, że Międzynarodowa Unia Astronomiczna wykreśliła Plutona z listy planet? tak jak powiedział Alan Stern, to fatalna decyzja i czysty przykład naukowego niechlujstwa.

PPS może jestem zbyt przewrażliwiony, może jestem zbyt wymagający, może jestem zbyt małostkowy, ale… wkurza mnie to gdy przychodzi się do mnie bez zapowiedzi w niedzielne popołudnie i wymaga się ode mnie podania czegoś do przekąszenia, do picia i puszczenia jakiegoś fajnego filmu, krytykując jednocześnie bałagan w kuchni… a może by tak ktoś czasem pomyślał, aby wpaść do mnie z jedzeniem, piciem oraz z fajnym filmem? nie wkurzałbym się nawet wtedy o brak wcześniejszej zapowiedzi złożenia mi wizyty i o ewentualne krytykowanie bałaganu…

jestem

26 komentarzy

zauważyłem pewną zależność: im u mnie lepiej, tym mniejszą mam ochotę na pisanie. a, że u mnie już od dłuższego czasu jest rewelacyjnie, to zjawiam się dopiero teraz w tym miejscu (po 7 miesięcznej absencji). i to nie dlatego, że odczuwam jakąś niepohamowaną chęć podzielenia się z kimś swoimi przemyśleniami, ale dlatego bo nie chcę by ten blog całkowicie umarł. lubię to miejsce – przez długi czas było i nadal jest moją odskocznią od świata rzeczywistego, pomimo iż dzięki znajomościom tu zawartym, coraz częściej się z nim przeplata. jednak ja, coraz mniej potrzebuję takiej odskoczni. niech owa notka, będzie swego rodzaju kroplówką dzięki której, ta istniejąca od 3 lat strona (zawierająca myśli które dzisiaj mnie śmieszą i zawstydzają a także te z których jestem dumny i z sentymentem kiedyś do nich wrócę) nie zniknie z sieci.

jestem szczęśliwy! nareszcie mogę napisać to zdanie z pełną świadomością. mam studia które uwielbiam, mam przyjaciół na których mogę liczyć, mam pieniądze które mogę wydawać bez zastanawiania się czy starczy mi do pierwszego… i nawet nie denerwują mnie wieczne powtórki tych samych filmów i seriali w tv oraz nie martwi mnie to, że agencja milczy.
kocham i jestem kochany a to najważniejsze.
w wakacje wyjeżdżam na pierwsze w swoim życiu wykopaliska a także, prawdopodobnie odbędę praktyki w polbanku. żałuję tylko, że perspektywa powrotu do barcelony się nieco w czasie odwlokła, ale w życiu potrzebne są priorytety. a nimi w chwili obecnej są dla mnie wykształcenie i miłość, a na rozrywkę przyjdzie czas później.

ostatnio żyję w stresie, ale jest to ten jego rodzaj, który uwielbiam, bo motywuje mnie do działania i do dawania z siebie wszystkiego.

zobaczyć raz stronę świata jasną, jest cień, więc musi być też tu gdzieś światło. zobaczyć raz stronę świata jasną, cień jest tylko światła ciemnego odmianą.*
Dorota Masłowska

a ja poszedłem tworzyć dalej swoją historię. ale wrócę…
zawsze wracam.

notka nr 61

4 komentarzy

no i stało się.
od wczoraj mam 21 (słownie: dwadzieścia jeden) lat i nic wielkiego się z tego powodu nie zmieniło. nie przybyło mi jakoś specjalnie dużo zmarszczek ani też raptownie nie stałem się poważniejszy nie wspominając nawet o tym, że nie zrobiłem się mądrzejszy.

a propos zmarszczek… w sierpniu dermatologa odwiedziłem. odwiedziłem go, bo kilka zmian trądzikowych mi się na twarzy pojawiło a z racji tego, że ja idealną cerę jako przyszły aktor muszę mieć, postanowiłem się owych zmian pozbyć. pan dermatolog gdy mnie zobaczył, powiedział coś w stylu: „O Boże!” i poinformował mnie, że w okolicach 30 roku życia będę musiał się do niego zgłosić w celu wstrzyknięcia sobie botoksów. moje czoło bowiem, za 10 lat będzie wyglądać jak czoło 50- albo 60-latka. musiałem przerwać mu ten potok słów użalających się nad moim losem by zapytać: „Czy pan na pewno wie, czemu ja do pana przyszedłem?” patrzył się na mnie swoimi ślepiami bez żadnego wyrazu. wtedy zdałem sobie sprawę, że ten pan jednak nie wiedział…

w lipcu agencja wysłała mnie na casting. to było bardzo krępujące bo okazało się, że nie jestem jedenasto- badź też trzynastoletnim chłopcem. wiem, że młodo wyglądam ale jestem raczej w typie siedemnastoletniego ogiera a nie jedenastoletniego dziecka. casting był do roli Adasia w serialu Niania produkcji tvn.

miesiąc temu z panem andkiem się spotkałem. to moja trzecia znajomość blogowa przeniesiona z wirtualnego do realnego świata i mam wielką nadzieję, że nie ostatnia. dzięki blogom można poznać ludzi bardzo dobrze. pomimo tego, że spotkaliśmy się pierwszy raz, kiedy zapadały cisze które w adekwatnych sytuacjach były by dosyć krępujące w naszym przypadku nie były. byliśmy trochę jak starzy znajomi, którzy po dłuższej przerwie spotykają się ponownie.

a w lipcu po ambasadach sobie chodziłem, bo praktyki załatwiałem. pomimo ślicznych uśmiechów i dobrych chęci wszystkich stron, nic jednak nie załatwiłem. wiem, że dosyć chaotycznie piszę, ale do najmłodszych już nie należę i mam prawo się plątać w zeznaniach.

bo ja mam już 21 (słownie: dwadzieścia jeden) lat. mam wiele planów i całkiem spore możliwości ich realizacji a więc… realizuję. a skoro jestem już taki dorosły to napiszę, że mylę seks i przyjaźń z miłością. myląc takie uczucie jak przyjaźń i takie przeżycie jak seks z tak niezwykłym stanem jakim jest miłość, wnioski są proste –
1) nigdy nikogo tak naprawdę nie kochałem;
2) mam penisa i chętnie z niego korzystam;
3) nie mam komu być wiernym, a więc wierny nie jestem.

nie jestem wierny ale to wcale nie oznacza, że nie jestem zazdrosny. bo tak naprawdę, to ja jestem bardzo zazdrosny. pomimo tego, że z Wenus, Afrodytą, Asią i Lukrecją mam luźny układ, to zawiść mnie bierze kiedy słyszę o jakiś tam Bogusiach i innych Łukaszach. moja zazdrość jest o tyle dziwna, bo żadnej z owych pań nie kocham i z żadną na stałe wiązać się nie chcę.

a wniosek z tego jest taki, że… ?

ikea

20 komentarzy

wczoraj z Barcelony wróciłem. pojechałem tam razem z siostrą, bo przecież chociaż w czasie wakacji można się z rodzeństwem zintegrować. zawarliśmy pakt – w Katalonii jesteśmy przyjaciółmi i przyznać muszę, że tego obustronnego porozumienia (z drobnymi tylko ekscesami) dotrzymaliśmy. od wtorku znowu jesteśmy w stanie wojny, ale to szczegół.

w Barcelonie podobało mi się wszystko: od przemyślanego rozkładu miasta przez puby, oceanarium, plaże po pary gejowskie swobodnie spacerujące za rękę. tylko Hiszpanki jakieś takie brzydsze niż średnia europejska by wymagała i twórczość Gaudiego bardziej mi kicz niż arcydzieła przypominała. byłem kilka razy na zakupach – ceny takie same jak w Polsce tyle tylko, że znaczek euro a nie złotych na końcu. trafiłem jednak na wiele promocji i stwierdzam, że bardziej jaram się metkami Ralpha Laurena i Springfielda na tyłku niż Mazowszanką z Playboya.

stałem się chłopcem z Ikei i nawet nie wiem, kiedy tak dokładnie to się stało. a co ważniejsze… dobrze mi z tymi wszystkimi plastikowymi przedmiotami i całym tym sztucznym światem wokół mnie. dzięki temu nie boli mnie to, że moją miłość mogę dotykać, ale nie w ten sposób w jaki bym chciał; nie boli mnie to, że R powróciła do mojego życia tylko dlatego, że ojciec jej umarł i potrzebowała kogoś, do kogo mogłaby się przytulić; nie boli mnie to, że K znowu w szpitalu wylądowała, ale leczyć się nadal nie chce; nie boli mnie to, że kumpel mnie olał i nawet nie wiem dlaczego; nie bolą mnie zamachy islamskich terrorystów i nie boli mnie fakt wrześnowej poprawki z polityki społecznej. nic mnie nie boli, bo mam RL i SPF w szafie. a moim jedynym marzeniem na dzień dzisiejszy, jest studiowanie chociaż przez jeden rok w TYM miejscu.

i jednego jestem pewien… zrobię bardzo wiele, aby owo marzenie doprowadzić do rzeczywistości.
a jutro swoje CV rozsyłam i mam nadzieję, że już wkrótce przez kilka kilka tygodni, będę w ambasadzie praktykować.

festiwal

23 komentarzy

coraz częściej wracam myślami do chwil, kiedy do szczęścia wystarczyły mi… no właśnie! wystarczyły mi drobnostki. pamiętam czasy, kiedy nie miałem pojęcia, że coś takiego jak błyszczenie istnieje na świecie. a dzisiaj wiem, że jeśli nie błyszczysz to tak, jakby cię nie było. mamy podobno kryzys autorytetów. patrząc na zachowania polityków, sieczkę w mediach i praktyczny upadek słowa pisanego, łatwo można się z tym zgodzić i nawet – co jest jeszcze bardziej dołujące – zrozumieć. jeśli osobą ukazującą prawdę o moim pokoleniu jest pani Masłowska, to nie można zrobić nic innego jak tylko kupić bilet i wsiąść do pierwszego lepszego samolotu i uciekać jak najdalej i jak najprędzej.

na ulicy można spotkać same świecące osoby. nie sztuką jest jednak świecić. ważne jest, aby błyszczeć własnym światłem a nie odbitym. już kilka razy o tym wspominałem, ale prawdą jest, że źródeł własnego światła jest wciąż bardzo niewiele. całą masę stanowią punkty świecące odbitym blaskiem. bolą mnie już oczy od tego światła. z jednej strony straszy się mnie informacjami o IV Rzeczpospolitej a z drugiej, zlikwidowaniem senatu. kupię sobie chyba jakieś okulary i się zabezpieczę przed tym błyszczeniem zwłaszcza, że po wakacjach mogę oślepnąć od świateł kandydatów do ław sejmowych a później do Pałacu Prezydenckiego.
nieważne jest to dlaczego błyszczysz, ale jak to robisz.

miałem już kilka razy to szczęście, że blask poszczególnych osób uzależnił mnie od siebie. to było piękne i bolesne jednocześnie. za każdym razem wydawało mi się, że boleć już nigdy nie będzie. teraz wiem, że to było naiwne myślenie bo piękno i ból są nierozłączne. jeśli nie ma się jednego i drugiego jednocześnie, to tak jakby się nic nie miało. a jeśli się nic nie ma, to nigdy się nie zabłyśnie, bo naturalne światło często iskrzy właśnie dzięki drugiej, ważnej dla nas osobie.

przez pewien czas popełniałem błąd za błędem. dziękuję, że dla mnie świeciłaś, ale ja nie twojego blasku potrzebuję. przepraszam. zasługujesz na kogoś, dla kogo będziesz słońcem. dla mnie jesteś i będziesz najwyżej jedną z wielu gwiazd, które pojawiły się bądź też, dopiero pojawią się w moim życiu. osoby która dla mnie jest słońcem, której uśmiech dodaje mi energii o której myślę przed zaśnięciem nie mam i nigdy mieć nie będę. zbyt wiele nas dzieli i łączy jednocześnie.
dlaczego czuję się tak, jakbym cię oszukał? przecież nic ci nigdy nie obiecywałem.

kończę już, ponieważ muszę państwa prosić o rozejście się. na horyzoncie pojawiły się bowiem nadlatujące z południa Kaczory, z transparentem zakazującym organizowania festiwali w łapkach.