wyobrazcie sobie zmeczenie. takie
calkowite wypalenie. pracy zupelne poswiecenie. wpadacie w
monotonie. i wtedy rodzi sie w was marzenie. trudne do spelnienia,
jednak czy od razu takie nierealne? jest to wasza ucieczka od
jednobarwnego osmiogodzinnego swiata w ktorym utkneliscie. latwiej
dzieki temu przechodzic z dnia na dzien. na jakich zasadach to jednak
dziala? bo wielu ludzi w ciebie wierzy. i ty rowniez zaczynasz
wierzyc w siebie. wiesz, ze wszystko sie uda, ze twoj sen nie
byl wcale az taki niemadry i smieszny.

nadchodzi jednak zderzenie. konfrontacja z
prawda wypowiedziana przez osobe ktora ciebie kocha. ze nic sie tobie nie uda, ze twoje marzenie jest pozbawione sensu i masz sie
obudzic. najlepiej natychmiast. i wtedy karty rozsypuja ci sie z rak. bo pomimo tego, ze
twoja druga polowa ma racje, ze od zawsze wiedziales, ze
miejsce do ktorego uciekasz myslami nie ma szans realizacji, to
jednak czujesz sie oszukany. twoja imaginacja byla bowiem bezpieczna i szczera,
niezbyt droga a pomagala ci przechodzic z dnia na dzien w swiecie w
ktorym tak niewiele punktow jest stalych.

czy milosc wymaga od nas mowienia
prawdy? a moze od osob darzacych sie tym uczuciem wymagac nalezy wspolnej slepej wiary w nieszkodliwe plany? bo nawet jesli sie nam nie powiedzie, to co z
tego? czy krzywda komus sie stanie? sprobowac powalczyc przeciez
mozna raz jeszcze. a takie zderzenie boli i uwazam, ze jest ono zupelnie niepotrzebne. kazdy z nas potrzebuje zregenerowac sie jakos. odlaczyc od
tych osmiu godzin, ktore pozwalaja nam przezyc miesiac, ale jednoczesnie
powoli zabijaja. zanika nasza indywidualnosc. znajdujesz jednak droge
ucieczki. jest szansa. usmiechasz sie. nastepnie placzesz z powodu niespodziewanego ataku.

boli. jakie to smieszne i dziwne. nie moze byc prawdziwe.