jestem. usiadlem tylko na chwile na lawce i obserwowalem. pozwolilem, aby zycie bieglo swoim wlasnym rytmem podczas gdy ja zamknalem sie w swoim prywatnym, doskonalym swiecie. w swiecie w ktorym nie ma juz miejsca na zal i smutek. taka przerwa byla mi potrzebna. zbyt dlugo bowiem cierpialem. zbyt dlugo walczylem. okazalo sie jednak, ze takie wakacje od swiata moga stac sie recepta na cale zycie. do tej pory nie zdawalem sobie sprawy, ze mozliwe jest zycie w spokoju. kojarzylo mi sie ono z wegetacja. pierwszy raz w zyciu pozwolilem, aby to inni walczyli podczas gdy ja siedzialem sobie cichutko, porzadkujac swoje wlasne, wielkie sprawy. i tak… spelniam sie zawodowo i przede wszystkim trwam w pierwszym, prawdziwym, doroslym zwiazku.
   i od 17 miesiecy ucze sie jak to jest byc „MY” a nie „JA”.

czasami jednak, kiedy mam chwile tylko dla siebie, przegladam stare notatki – zapiski, ktore sporzadzalem przez tak wiele lat na przeroznych skrawkach papieru od pieknych zeszytow, po bilety pkp i kartki z drukarki, a na starych rachunkach konczac. kiedy tak siedze i czytam to co kiedys napisalem, widze ze zal i smutek ktorych juz dzisiaj nie ma, kiedys byly mi calkiem bliskie. laczyla nas swego rodzaju wiez, moze nawet przyjazn? dawaly mi one natchnienie i sile do pisania, przelewania swoich mysli na papier. pozwalaly stworzyc moj wlasny swiat w ktorym pomimo panujacego dookola chaosu, bylem bezpieczny. i zastanawiam sie wowczas, czy aby na pewno moje pisanie bylo szczere? dzisiaj bowiem tak pisac juz nie potrafie… a czytajac dawne slowa, nie poznaje juz tego marka sprzed kilku miesiecy czy lat. nie znam go. mam nawet wrazenie, ze nigdy nie istnial.

kiedy 7,5 roku temu zakladalem tego bloga, bylem tuz przed matura. zrobilem wowczas liste punktow, ktore chcialem zrealizowac w niedalekiej przyszlosci. zycie zweryfikowalo jednak niewinne plany i marzenia. czesc waznych celow wypadla z listy (tj. wydanie ksiazki), jednak na ich miejscu pojawily sie zupelnie nowe, bardziej smiale, dojrzalsze… z czystym sumieniem moge stwierdzic, ze udalo mi sie osiagnac duzo wiecej niz wowczas zakladalem. dzisiaj mam prawie 26 lat i podobnie jak wtedy, wkraczam w nowy rozdzial w swoim zyciu, ktory uogolniajac nazwac mozna stabilizacja. jednak jest pewna zasadnicza roznica… latwiej jest bowiem walczyc z calym swiatem z ukochana osoba u boku. bol jest wowczas mniejszy a i radosc wieksza gdy sie ja pomnozy przez dwa. i co wazniejsze… perspektywa czasu sie zmienia. kiedys wszystko musialo byc zrealizowane „dzisiaj”. teraz wiem, ze „jutro” takze nadchodzi.

   ktory swiat jest tym prawdziwym? ten zbudowany z bolu i cierpienia czy ten stworzony przez milosc i szczescie?
 
i czy mozna uzyskac odpowiedz na tak postawione pytanie? swiat jest bowiem jak wspaniala potrawa. ma bogaty, niepowtarzalny smak. mozna eksperymentowac z nim na wiele sposobow, dodawac wiele przypraw… pod warunkiem jednak, ze zachowa sie harmonie.


mnie w kazdym razie smakuje…