poczułem ból. przeszywające kłucie w klatce piersiowej. nie wiedziałem co się dzieje. usiadłem na ławce. siedziałem tak przez minut kilka nie rozumiejąc dlaczego umieram. to właśnie czułem – umieranie. różne myśli mi do głowy przychodziły w tym czasie. błądziłem po swoim umyśle, szukając wyjaśnienia. obserwowałem ludzi. patrzyłem jak żyją. jak biegną.

ból nie ustawał. nasilał się. a mi zachciało się płakać. tak autentycznie. tak bardzo prawdziwie jak nie płakałem od dzieciństwa. powodem moich łez nie było jednak to kłucie, które doprowadziło do tego, że się dusić zacząłem. w jednej chwili zrozumiałem co to szczęście, życie, miłość. patrząc na innych, zobaczyłem siebie. spodobało mi się to co zobaczyłem. jedność i indywidualność zarazem. wszystko do siebie pasuje. a ja zostałem oczyszczony.
pełne katharsis.

przysiadła się do mnie pewna starsza Pani. poprosiła o pomoc. trzymała w rękach teczkę. wyjaśniła mi, że musi się dostać do dziekanatu z podaniem swojej siostrzenicy a nie ma pojęcia jak i gdzie ma to wszystko załatwić. zafascynował mnie aspekt tej całej sytuacji. na tej samej ławce siedziałem ja – przeżywając swoje małe dramaty i wewnętrznie płacząc ze szczęścia, oraz ta Pani, która została przytłuczona problemem przecież nie swoim, ale osoby którą kocha.

spędziliśmy razem godzinę. pomogłem jej w załatwieniu sprawy w dziekanacie a ona pocałowała mnie w policzek z wdzięczności. ten jeden gest sprawił, że…
drugi raz jednego dnia poczułem, że żyję.