no i stało się.
od wczoraj mam 21 (słownie: dwadzieścia jeden) lat i nic wielkiego się z tego powodu nie zmieniło. nie przybyło mi jakoś specjalnie dużo zmarszczek ani też raptownie nie stałem się poważniejszy nie wspominając nawet o tym, że nie zrobiłem się mądrzejszy.

a propos zmarszczek… w sierpniu dermatologa odwiedziłem. odwiedziłem go, bo kilka zmian trądzikowych mi się na twarzy pojawiło a z racji tego, że ja idealną cerę jako przyszły aktor muszę mieć, postanowiłem się owych zmian pozbyć. pan dermatolog gdy mnie zobaczył, powiedział coś w stylu: „O Boże!” i poinformował mnie, że w okolicach 30 roku życia będę musiał się do niego zgłosić w celu wstrzyknięcia sobie botoksów. moje czoło bowiem, za 10 lat będzie wyglądać jak czoło 50- albo 60-latka. musiałem przerwać mu ten potok słów użalających się nad moim losem by zapytać: „Czy pan na pewno wie, czemu ja do pana przyszedłem?” patrzył się na mnie swoimi ślepiami bez żadnego wyrazu. wtedy zdałem sobie sprawę, że ten pan jednak nie wiedział…

w lipcu agencja wysłała mnie na casting. to było bardzo krępujące bo okazało się, że nie jestem jedenasto- badź też trzynastoletnim chłopcem. wiem, że młodo wyglądam ale jestem raczej w typie siedemnastoletniego ogiera a nie jedenastoletniego dziecka. casting był do roli Adasia w serialu Niania produkcji tvn.

miesiąc temu z panem andkiem się spotkałem. to moja trzecia znajomość blogowa przeniesiona z wirtualnego do realnego świata i mam wielką nadzieję, że nie ostatnia. dzięki blogom można poznać ludzi bardzo dobrze. pomimo tego, że spotkaliśmy się pierwszy raz, kiedy zapadały cisze które w adekwatnych sytuacjach były by dosyć krępujące w naszym przypadku nie były. byliśmy trochę jak starzy znajomi, którzy po dłuższej przerwie spotykają się ponownie.

a w lipcu po ambasadach sobie chodziłem, bo praktyki załatwiałem. pomimo ślicznych uśmiechów i dobrych chęci wszystkich stron, nic jednak nie załatwiłem. wiem, że dosyć chaotycznie piszę, ale do najmłodszych już nie należę i mam prawo się plątać w zeznaniach.

bo ja mam już 21 (słownie: dwadzieścia jeden) lat. mam wiele planów i całkiem spore możliwości ich realizacji a więc… realizuję. a skoro jestem już taki dorosły to napiszę, że mylę seks i przyjaźń z miłością. myląc takie uczucie jak przyjaźń i takie przeżycie jak seks z tak niezwykłym stanem jakim jest miłość, wnioski są proste –
1) nigdy nikogo tak naprawdę nie kochałem;
2) mam penisa i chętnie z niego korzystam;
3) nie mam komu być wiernym, a więc wierny nie jestem.

nie jestem wierny ale to wcale nie oznacza, że nie jestem zazdrosny. bo tak naprawdę, to ja jestem bardzo zazdrosny. pomimo tego, że z Wenus, Afrodytą, Asią i Lukrecją mam luźny układ, to zawiść mnie bierze kiedy słyszę o jakiś tam Bogusiach i innych Łukaszach. moja zazdrość jest o tyle dziwna, bo żadnej z owych pań nie kocham i z żadną na stałe wiązać się nie chcę.

a wniosek z tego jest taki, że… ?