wczoraj z Barcelony wróciłem. pojechałem tam razem z siostrą, bo przecież chociaż w czasie wakacji można się z rodzeństwem zintegrować. zawarliśmy pakt – w Katalonii jesteśmy przyjaciółmi i przyznać muszę, że tego obustronnego porozumienia (z drobnymi tylko ekscesami) dotrzymaliśmy. od wtorku znowu jesteśmy w stanie wojny, ale to szczegół.

w Barcelonie podobało mi się wszystko: od przemyślanego rozkładu miasta przez puby, oceanarium, plaże po pary gejowskie swobodnie spacerujące za rękę. tylko Hiszpanki jakieś takie brzydsze niż średnia europejska by wymagała i twórczość Gaudiego bardziej mi kicz niż arcydzieła przypominała. byłem kilka razy na zakupach – ceny takie same jak w Polsce tyle tylko, że znaczek euro a nie złotych na końcu. trafiłem jednak na wiele promocji i stwierdzam, że bardziej jaram się metkami Ralpha Laurena i Springfielda na tyłku niż Mazowszanką z Playboya.

stałem się chłopcem z Ikei i nawet nie wiem, kiedy tak dokładnie to się stało. a co ważniejsze… dobrze mi z tymi wszystkimi plastikowymi przedmiotami i całym tym sztucznym światem wokół mnie. dzięki temu nie boli mnie to, że moją miłość mogę dotykać, ale nie w ten sposób w jaki bym chciał; nie boli mnie to, że R powróciła do mojego życia tylko dlatego, że ojciec jej umarł i potrzebowała kogoś, do kogo mogłaby się przytulić; nie boli mnie to, że K znowu w szpitalu wylądowała, ale leczyć się nadal nie chce; nie boli mnie to, że kumpel mnie olał i nawet nie wiem dlaczego; nie bolą mnie zamachy islamskich terrorystów i nie boli mnie fakt wrześnowej poprawki z polityki społecznej. nic mnie nie boli, bo mam RL i SPF w szafie. a moim jedynym marzeniem na dzień dzisiejszy, jest studiowanie chociaż przez jeden rok w TYM miejscu.

i jednego jestem pewien… zrobię bardzo wiele, aby owo marzenie doprowadzić do rzeczywistości.
a jutro swoje CV rozsyłam i mam nadzieję, że już wkrótce przez kilka kilka tygodni, będę w ambasadzie praktykować.