marmatmi blog

i weź mnie za rękę, nim zacznie się wojna.

Wpisy z okresu: 5.2004

nikomu nie polecam mieszanki plusssz active + kawa. myślałem, że to cudo postawi mnie na nogi – nic z tego. spać mi się chce! a dlaczego nie mogę spełnić swojego marzenia i klapnąć się do łóżeczka? bo jestem wybitnym inteligentem, który wszystko zostawia na ostatnią chwilę! dzisiaj muszę oddać pracę na temat pojęcie i rodzaje cła. oczywiście dopiero teraz się za nią zabrałem, mimo iż została ona zadana miesiąc czy nawet dwa miesiące temu.

mam stos książek, ale wpadłem na genialny w swojej prostocie pomysł, żeby pobuszować sobie po internecie. i tak wędruję między stronami pornograficznymi, politycznymi a blogowymi – kolejność nie jest przypadkowa. na duchu podtrzymuje mnie fakt, że nie jestem sam! co pół godziny dostaję smsa od jakiegoś znajomego, który ma podobny dylemat co ja:
- spanie czy pisanie?
pierwszy raz od bardzo dawna zdarza mi się również, że w tym samym czasie, tak dużo słoneczek na gadu-gadu świeci się na żółto. wychodzi więc na to, że sporo osób które znam, to takie same gamonie jak ja! marudzimy i wymieniamy się informacjami. wiele wskazuje, iż moja grupa w większości będzie miała identyczną pracę. ale co tam!

taki wspólny nocny intelektualny maratonik, daje poczucie solidarności, które raz na jakiś czas, jest chyba potrzebne każdemu człowiekowi.

ta noc, miała być w głównej mierze nocą naukową. ale z każdą godziną, nauki jest coraz mniej a ja zajmuję się całą masą innych rzeczy. posprzątałem w pokoju, wyprasowałem sobie koszulkę i spodenki na nadchodzący dzień – oczywiście o prasowaniu wiem tyle, co o nurkowaniu, a więc rano poproszę mamusię o poprawnienie mojego prasowniczego dzieła. ponadto, robię sobie plany na wakacje! tak… warto było oszczędzać przez tyle czasu, aby w to lato zrealizować swoje wymarzone eskapady!

chciałem zrobić też pranie, ale przeraziłem się liczbą guzików na pralce, które są chyba tylko do ozdoby, bo wątpię aby pranie było na tyle skomplikowane, by wymagało przeczytania instrukcji obsługi – z których z zasady, nigdy nie korzystam.

parę dni temu, moje dziecięce ego dało o sobie znać! postanowiliśmy razem z K, że idziemy na Harry’ego Pottera i Więźnia Azkabanu! i to w dzień premiery!

no dobra – dosyć tych wywodów! wracam do roboty! jeszcze tylko jedna strona A4 i będę wolnym człowiekiem! na chwilę obecną, tylko tyle do szczęścia mi potrzeba.

czy można wygrać walkę z nowotworem, tylko dlatego, aby móc kilka lat później zginąć w katastrofie lotniczej?

czasami bywają takie dni, kiedy budzę się tuż przed świtem. wyglądam przez okno i co widzę? spokój widzę, spokój czuję – w tym właśnie spokoju, jest jakaś taka dziwna siła. ale nie jest ona stworzona dla mnie. w ciszy jestem tylko gościem – mniej lub bardziej porządanym, ale jednak tylko gościem.

dzisiaj mogę napisać, że jest mi naprawdę dobrze. wiem już, że nie muszę się z niczym śpieszyć. nadal nie wystarczy mi tylko i wyłącznie egzystencja, ale przecież jestem już o wiele dalej, niż chociażby wczoraj. mogę jeszcze trochę poczekać – dostałem kolejną szansę i wykorzystam ją. jednak, jeszcze nie teraz.

frytka nieznalska – żyła sobie kiedyś pewna dziewczyna. żyła nie jest jednak dobrym określeniam – powinno się napisać, że tylko ocierała się o życie. nadszedł taki dzień, że postanowiła zacząć działać! nie chciała, aby życie przeciekało jej przez palce. wybrała więc drogę, która myślała, że jest jej przeznaczona. przeceniła jednak wartość przeznaczenia. kiedy to sobie uświadomiła, zaczęła walczyć ze wszystkimi. w każdym widziała wroga. potrafiła jednak doceniać ludzi. nie imponowali jej, wierni poplecznicy, ale ludzie którzy byli jej przeciwnikami. chciała ich zniszczyć za wszelką cenę – popadła w pułapkę, bo nie była tak wyjątkowa jak jej się na początku wydawało i pozornych wrogów, miała coraz więcej. nie potrafiła już sobie z nimi poradzić. przegrywała! jednak to właśnie przegrana pozwoliła jej osiągnąć to, czego tak bardzo chciała.
frytka nieznalska stała się frycią znalską!
jednak, czy aby na pewno właśnie tego chciała?

rok temu stanąłem na skrzyżowaniu. wybrałem drogę pozornie najlepszą! skoro tak właśnie było, to skąd to powracające pytanie:

co by było, gdybym skręcił w przeciwną stronę?

wczoraj po godzinie 20 na drugim kanale telewizji polskiej, nadawany był program o kabaretach PaKA. dowiedziałem się niedawno, że moja koleżanka ma swój własny kabaret! mało tego – wygrała wraz z ekipą całą masę konkursów o których istnieniu nawet nie miałem pojęcia. spotykam się z ewą prawie codziennie. nie jesteśmy jakimiś wielkimi przyjaciółmi, ale dobrymi znajomymi. zawsze zamienimy ze sobą parę słów, jednak nigdy nasze rozmowy nie zeszły na temat: jakie są twoje zainteresowania?

no właśnie… ona należy do kabaretu limo. a ja? czy mam jakieś plany? jakieś marzenia? czy mam jakąś misję do spełnienia?

tak! mam! czy realizuję swoje cele i pragnienia? owszem, ale nie mam powołania. piszę książkę, ale nie chcę z tym wiązać swojej przyszłości. zastanawiam się czy nie pójść śladem moich znajomych i nie wstąpić do agencji aktorskiej. wszystko fajnie, tyle tylko, że nie wiem czy podążam własną drogą czy też biegnę za tłumem.

chyba właśnie dlatego, coraz częściej myślę o opuszczeniu trójmiasta i wyjeździe do warszawy. stolica przyciąga mnie do siebie jak ćmę do ognia. tak… ale każdy wie jak kończy ćma, kiedy już doleci do celu. mimo wszystko zaryzykuję. muszę dogonić moje marzenia. chcę odnaleźć swoje powołanie a nowe miejsce, być może pomoże mi odnaleźć marka w marku.

uważam, że życie należy wykorzystać w 100%. nikt przecież, nigdy nie będzie żyć za nas. ale jak to zrobić? podążać za sercem czy za rozumem? jak znaleźć równowagę między optymizmem a realizmem? czy cel uświęca środki?

chcę pewnego dnia obudzić się i stwierdzić:
chłopie! dokonałeś czegoś wielkiego!

każdy człowiek jest stworzony aby lśnić. jednak tylko nieliczni błyszczą własnym światłem, większość odbitym.