marmatmi blog

i weź mnie za rękę, nim zacznie się wojna.

Wpisy z okresu: 11.2003

Hilary zadrżała i starannie otuliła się futrem. Wraz z innymi pasażerami podążyła do samolotu. Nareszcie leci! Ucieka od szarości, zimna, zastygłej, przytłaczającej rozpaczy. Ucieka tam, gdzie słońce, błękitne niebo i nowe życie. Zostawia za sobą całe brzemię nieszczęścia i zawiedzionych nadziei. Wspięła się po schodkach i pochylając w wejściu głowę, przestąpiła próg. Stewardesa odprowadziła ją na miejsce. Po raz pierwszy od miesięcy poczuła ulgę. Ból, który cały czas przenikał ją nieomal fizycznie, ustąpił. Ucieknę – powtarzała sobie z nadzieją. – Zrobię to.

* Agatha Christie – Podróż w nieznane

większość moich znajomych szuka tymczasowej pracy. jednak ja, nadal zgrywam twardziela i staram się ten moment maksymalnie opóźnić albo nawet wyeliminować. jestem jednak dobrym kumplem – przynajmniej tak uważam =P – i odwiedziłem w miejscu pracy swoją koleżankę. była ona asystentką wróżki, albo może poprawniej byłoby napisać – sarkofagu faraona. wydaje mi się, że każdy z nas widział już kiedyś to urządzenie. to takie wielkie pudło, wyglądające jak trumna z otworem w brzuchu gdzie wkłada się rękę i czeka na opinię ze świata tajemnych mocy itd.
po chwili rozmowy, skorzystałem z propozycji i zgodziłem się poznać swoją przyszłość. nie wiem czemu to zrobiłem. byłem chyba najzwyklej ciekawy, jak takie coś działa. otwór zaczął świecić przez kilkanaście sekud aż w końcu, gdzieś z tyłu usłyszałem znajomy warkot drukarki. kumpela podała mi wróżbę, więc ją przeczytałem. to nie była taka pierwsza lepsza wróżba – to była superwróżba!
składała się z wielu części: miłość, pieniądze, praca, zdrowie, najlepszy dzień, szczęśliwe numery, oraz wykresik jakiś sił magicznych mających na mnie wpływ.

zestawiłem te dwie historie, ponieważ uderzyło mnie to, jak różnie pojmowana jest przyszłość. jedni od niej starają się uciec za wszelką cenę a drudzy, lgną do niej ze wszystkich sił. jedni chcą ją poznać, ale inni starają się żyć pojedyńczym dniem. natomiast ja należę do osób, które czasami mają ochotę wszystko zostawić i gdzieś uciec. zresztą, zrobiłem już tak kilka razy. nie wiem jednak czy to można nazwać ucieczką, bo zawsze wracałem. jestem pewny, że jeśli chcemy myśleć o przyszłości, musimy mieć uporządkowane sprawy z przeszłości. w przeciwnym razie, one prędzej czy później nas dopadną i zburzą wszystko co od tamtej pory zbudowaliśmy.

18 listopada byłem bliski popełnienia największego błędu w swoim życiu. chociaż… może to co obecnie uważam za niedoszły błąd, byłoby najrozsądniejszą decyzją?
pozbyłbym się niepewności i uzyskałbym spokój. tylko, aż takim kosztem?
nie wierzę i nie chcę wierzyć w to, (przynajmnie narazie) że życie trzeba traktować jak grę hazardową. wszystko albo nic – chcę ryzykować i będę to robić. jednak nie wówczas, gdy na szali jest moje życie, szczęście i przyszłość.
jedna nieprzemyślana decyzja może wszystko przekreslić.
jestem trochę cyniczny, bo gdzieś w głębi duszy wiem, że kiedyś zaryzykuję. przeznaczenie? bzdura! nie ma czegoś takiego. to wymówka dobra dla słabych, którzy boją się walczyć by coś osiągnąć. walczyć o swoje marzenia i przekonania.
w takim razie skąd ta moja pewność siebie? wiara we własne możliwości? im wyższe wymagania i oczekiwania, tym większa szansa na sukces, ale jednoczeście możliwość bolesnego upadku.
ryzyko, ryzyko, ryzyko… już wkrótce! jednak jeszcze nie dzisiaj i nie jutro, ale być może pojutrze.
w każdym razie wiem, że jeśli my sami w siebie nie uwierzymy, to kto to zrobi?

wróciłem do notek z maja: szczęście; kariera
zauważyłem, że w pewnym sensie stałem się jednym z ludzi, którym tak bardzo nie chciałem się stać.
coraz częściej łapię się na tym, że nie mówię tego co myślę tylko to, co w danej chwili chcą usłyszeć inni i co jest neutralne. zacząłem unikać osób, które w niczym mi nie mogą pomóc i w żaden sposób mi nie imponują.
i jeszcze coś… ostatnio zauważyłem, że ludzie po których bym się tego nigdy nie spodziewał, są mi bardziej bliscy niż przyjaciele.

xyz = abc

18 komentarzy

tolerancja

uważam się za człowieka tolerancyjnego. idiotyzmem nazywam to, jeśli ktoś osądza kogoś po wyglądzie czy też szufladkuje go, po pięciominutowej rozmowie. jednak… dlaczego sam tak czasem postępuję? mam biseksualną koleżankę i kumpla geja (podejrzewam, że chyba nawet dwóch). wszystko jest pięknie. nie potrafię jednak zrozumieć, dlaczego widząc na ulicy dwóch homoseksualistów trzymających się za ręce, mam ochotę im dokopać?

osobowość

czy gdybym urodził się w zupełnie innym miejscu i w innym czasie, nadal byłbym tym kim jestem? pozostałbym sobą?
człowiek rodzi się jako czysta księga, którą zapisuje życie? a może rodzimy się już z ukształtowaną osobowością?
chociaż, może lepiej się w to nie zagłębiać? może najbezpieczniejszym wyjściem jest uznanie, że jesteśmy jacy jesteśmy? nie moglibyśmy urodzić się w innym miejscu, bo wówczas to nie bylibyśmy my. osobowość też możemy uznać za coś już nam danego i określonego. jeśli tak postąpimy, łatwiej będzie nam przejść przez życie. nie będziemy się zastanawiać jakby to było, gdybyśmy to my głodowali w afryce albo zginęli w czasie wojny. żylibyśmy własnym życiem. tylko, czy aby na pewno nie w kłamstwie i naprawdę własnym życiem?

marzenie

rozważałem już kiedyś notkę na ten temat. z perspektywy pięciu miesięcy stwierdzam, że zmieniło się nieco moje nastawienie do marzeń. jestem już trochę bardziej optymistycznie nastawiony to tego wszystkiego. zacząłem realizować jedno z nich. nawet jeśli nie odniosę wielkiego sukcesu, to i tak będę szczęśliwy. będę wiedział, że zrobiłem coś, na czym mi naprawdę zależało. jeśli uda mi się to zrealizować, będę miał cel w życiu na następnych parę lat – a jeśli nie… również będę miał cel w życiu na następnych parę lat.
grunt to się nie poddawać i dążyć do celu.